7 Rajd Motocykli Zabytkowych - Nałęczów 2018

VII Rajd plakat bigImprezy organizowane przez Lubelską Grupę Weterańską (LGW) "Partyzant" od wielu już lat cieszą się zasłużoną opinią jednych z najlepszych w kraju. Główną imprezą roku 2018 był dla LGW 7-my Rajd Motocykli Zabytkowych, zlokalizowany w "przyjaznym dla pojazdów zabytkowych" Nałęczowie. Rajd ten był także dla mnie podstawowym punktem kalendarza rajdowo-zlotowego, niestety realizowanym w praktyce z różnym skutkiem. W tym roku postanowiłem jednak za wszelką cenę wybrać się na ten rajd swoim świeżo wyremontowanym NSU 351 OSL '38. Wiedząc, że marka NSU jest szczególnie bliska organizatorom z LGW i nie mogłem kolejny raz zawieść oczekiwań przyjeżdząjąc zastępczym sprzętem!

Kiedy w końcu wyjaśniło się, że termin rajdu nie koliduje jednak z pracą (a było takie ryzyko), zacząłem intensywne przygotowania. Muszę przyznać, że cały czas mocno motywował mnie Darek, który także wybierał się do Nałęczowa swoją "dekawką" NZ350 i namówił do wspólnego wyjazdu. We dwóch zawsze raźniej, a wizja samotnej jazdy motocyklem zupełnie nie sprawdzonym w trasie spędzała mi sen z powiek.

Głównym technicznym problemem było to, że wciąż nie miałem skończonych rur wydechowych (musiałem spawać zakupione "kopie" i nie zdażyłem z chromowaniem). Przeprosiłem się więc z poprzednio używanymi, nieco zdezelowanymi i nie do końca prawidłowo poprowadzonymi rurami (w sumie któż by to zauważył), ale przynajmniej w chromie. Jak udało się je dopasować do tłumików, to już wiedziałem, że nic mnie nie zatrzyma ... Trzeba było jeszcze tylko przejść pierwszy od wielu lat przegląd techniczny, więc aby nie ryzykować problemów z diagnostą dorobiłem na szybko dodatkową lampkę "stop". Przegląd uzyskałem na 2 godziny przed wyjazdem na rajd, na szybko zapakowałem podstawowe narzędzia, do bagażnika przypiąłem gumami plecak ze śpiworem i sprzętem przeciwdeszczowym, włożyłem komórkę i portfel do kieszeni i byłem gotowy. Pogoda nie była pewna, więc do ostatniego dnia rozważalismy z Darkiem dwie opcje: laweta, albo przejazd "na kołach". W dniu wyjazdu u Darka lało, ale u mnie, tylko nieco bardziej na północ wciąż było słońce i była szansa, że tak będzie aż do Nalęczowa, więc ostatecznie zdecydowaliśmy jechać na kołach.

Wyruszyliśmy z Rzeszowa w piątek, 29-go czerwca, około 13-tej, mając teoretycznie spory zapas czas do zmroku. Wyjeżdżając miałem na liczniku niecałe 20 km przebiegu (wyzerowałem licznik przy jego renowacji), motocykl sprawował się jednak bardzo dobrze, pierwszy postój w Nisku był więc w znakomitych humorach. Przy upalnej pogodzie prędkość podróżna 60-70 km/h zaproponowana przez Darka zupełnie mi odpowiadała. Obawiałem się tylko odkręcających się śrub i nakrętek - objawu typowego dla świeżo pomalowanych motocykli, świeżo pochromowanych śrub i wibracji niewyważonego przedwojennego singla. I stało się to czego się obawiałem - na kolejnym postoju zauważyłem brak nakrętki na śrubie skręcającej przednią i tylną część ramy! Na szczeście śruba była pasowna i wciąż mocno siedziałą w ramie, zabezpieczyłem więc ją przed wypadnieciem stalowym drutem i pojechalismy dalej. Zadzwoniłem jednak wcześniej do Radka - jednego z organizatorów rajdu, który obiecał, że spróbuje zdobyć odpowiednią nakrętkę, pomimo ciążących na nim obowiązków organizacyjnych i znacznej odległości od warsztatu. Ja jednak jadąc wciąż z duszą na ramieniu, kombinowałem jak wcześniej zaradzić problemowi. W Janowie Lubelskim kiwnąłem do Darka, że skręcam do centrum w poszukiwaniu jakiegoś sklepu ze śrubami czy cześciami do traktorów (nakrętka co prawda metryczna, ale drobnozwojowa więc należało szukac nietypowych źródeł). Darek miał czekać na pobliskiej stacji benzynowej na Komara, który na lawecie wiózł swojego Zundappa KS600. I kiedy właśnie w centrum Janowa jakiś uprzejmy przechodzień wskazał mi pobliski sklep motoryzacyjny nastąpiła najdziwniejsza i dotąd niezrozumiała awaria mojego NSU - nagle straciłem sprzęgło! Luźna dźwignia przy kierownicy sugerowała urwanie się linki, jednak po bliższych oględzinach okazała się ona być w całkowitym porządku, więc wszystko wskazywałeo, że coś stało się z wyciskiem, albo wręcz całe sprzegło się rozkręciło. Chcąc nie chcąc trzeba było zdjąć dekiel sprzęgłowy i dokonać oględzin. Kosz sprzęgłowy i wycisk był OK ... ale w końcu okazało się, że przyczyna była inna - kulka znajdująca się pomiedzy prętami wycisku przestała istnieć i pozostały tylko jej resztki - do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumiec jak to możliwe. Sklepy były już zamknięte, ale na szczęście wpadłem na pomysł wykorzystania kulki z zatrzasku kopnika. Cała naprawa była by przyjemnościa, gdyby nie konieczność spuszczania oleju i późniejszego doszczelnienia kapy sprzęgłowej (jak to zwykle bywa urwała się uszczelka) - ogólnie brudna robota. Zeszło nam w sumie ponad 2 godziny, kiedy w końcu byliśmy gotowi do wznowienia podróży. Zapas czasu, który mieliśmy okazał sie zbawienny i tym razem jednym skokiem, jeszcze przed zmrokiem, bez dalszych przygód dotarliśmy do bazy rajdu w Nałęczowie. IMG 20180630 093808A tam miłą niespodzianką było wręczenie mi przez Radka puszki z nowiutkimi nakrętkami M12x1,25, z których wybrałem najładniejszą i tym razem zakręciłem ją już na klej do gwintów. Zameldowaliśmy się i przenieśliśmy bagaże do przydzielonego pokoju (spanie zapewniono w bursie szkolenej, była nawet pościel więc śpiwór się nie przydał). W końcu udaliśmy się do świetlicy na odprawę przedrajdową i poczęstunek. Najważniejsze było to, że znowu byłem w grze i optymistycznie patrzyłem na jutrzejszą trasę rajdową!

W sobotni poranek śniadanie i podziwianie przybyłych motocykli. Park maszyn wyglądał naprawdę imponująco: Sokół 1000, Harley-Davidson JD, Indian Chief, ponadstuletni Royal-Enfield, BSA, nigdy nie restaurowany Ariel, ... Było też 5 motocykli NSU, włącznie z moim: 601TS '38 z koszem Stoye, 201 ZDB, 251 OSL, Konsul. Wcale nie gorsze były motocykle powojenne: AWO 425S, Pannonia, BMW R25, ... Zgodnie z programem o 9-tej odpalono silniki i cała grupa motocykli udała się na miejsce startu w centrum Nałęczowa. Uczestnicy oznaczeni pomarańczowym plastronem z numerem startowym (mnie dostał się numer 20) oraz interierem pokazującym charakterystyczne punkty trasy, po uprzedniej krótkiej prezentacji dla publiczności co kilka minut startowali na trasę rajdu. Ja uzgodniłem z kilkoma kolegami, że będziemy trzymali się razem, jednak okazało się, że faktycznie przejechałem całą trasę tylko z Robetem, który jechał Indianem. Na trasie czekało wiele ciekawych konkurencji sprawnościowych, trzeba było zbierac punkty za opisy lokalnych atrakcji, nie obyło się bez pomyłek i zawracań. IMG 20180630 133509 1W końcu dotarliśmy do Wąwolnicy, gdzie zorganizowano dodatkowe konkursy, wystawę dla publiczności ... i przede wszystkim zapewniono obiad. Z Wąwolnicy pozostało jeszcze około 30-tu kilometrów do mety, wyruszyliśmy więc pełni nadziei na sukces, jednak tym razem natura pokazała co potrafi i zafundowała krótkotrwałą lecz mocną ulewę, więc spora częśc uczestników dotarła do mety nieco zmoczona. My z Robertem patrzyliśmy wówczas już tylko na znaki pokazujące droge do celu, ignorując zbieranie końcowych punktów, co oczywiście przełożyło sie na końcowy, niezbyt dobry wynik. Z tego co wiem, wszyscy startujący dotarli szczęśliwie do celu, oprócz Junaka, który dotarł na lawecie (notabene, co dziwne on właśnie wygrał rajd, może wcześniej nazbierał wystarczająco dużo punktów). Po krótkim odpoczynku i przebraniu się (co niektórych uczestników) w stylowe ubrania grupa motocykli ruszyła ponownie na plac w centrum Nałęczowa, gdzie oprócz kolejnej wystawy dla publiczności odbył się tradycyjny konkurs elegancji. Konferansjerkę prowadził fachowo i humorem nasz forumowy kolega Radek. Dobrze czy źle, ja uznałem, że we współczesnych ciuchach nie za bardzo nadaję sie do prezentacji i postanowiłem tylko, że następnym razem lepiej się przygotuję. Darek dał się namówić na prezentację i dzięki dopracowanemu strojowi, dostosowanemu w pełni do motocyklia zdobył nawet trzecią nagrodę w swojej kategorii (motocykle przedwojenne). Godne zauważania jest, że wszyscy organizatorzy wystąpili w strojach zgodnych z duchem epoki swoich pojazdów (głównie lata 30-te), nawet muzyka była z tych lat. A wieczorem był Bal Komandorski w bazie rajdu, a w jego trakcie ogłoszenie wyników, rozdanie nagród, podziękowania. Ugoszczono nas uczestników po królewsku - niekt nie pozostał głodny czy spragniony. No i te rozmowy do późnego wieczora. Przed północą ulotniliśmy sie z Darkiem do pokoju, mając na uwadze, że pozostało nam na drugi dzień do pokonania jeszcze sporo trasy powrotnej.DSC05104

W niedzielę rano, po śniadaniu i zrobieniu pamiątkowych fotografii (niestety z pięciu NSU jeden musiał odjechac w nocy i na zdjęciach są tylko cztery motocykle NSU) i pożegnaniach, wyruszyliśmy w drogę do domu. Było o wiele chłodniej niż w dniu przyjazdu, ale wciąż przyjemnie. W sumie nie było by o czym pisać, gdyby nie nawałnica, która złapała nas w Kraśniku, zmuszając do przebrania się w przeciwceszczowe ochraniacze. Do końca trasy droga była mokra i straszyło deszczem. Gdy już byliśmy 30 kilometrów od Rzeszowa i wydawało się, że nic nie może sie już wydarzyć, ... niedługo po wyjechaniu ze stacji benzynowej Darek złapał kapcia w tylnym kole. Mieliśmy co prawda zapasową dętkę, ale właśnie nadchodziły kolejne ciemne deszczowe chmury i trzeba było szybko szukać gdzieś schronienia. Tym bardziej, że uświadomiliśmy sobie brak pompki. Skręciliśmy do jednego z domostw i okazało się, że trafiliśmy bardzo dobrze. Pomimo niedzielnej obiadowej pory gospodarz udostępnił nam swój garaż, wspomógł swoimi narzędziami i sprężarką i dzięki temu sprawnie wymieniliśmy dętkę w DKW. Zastanawialiśmy się tylko skąd na boku dętki wzięły się dwie małe dziurki, gdy w oponie nie było niczego co mogło by je zrobić. W międzyczasie przeszły ze dwie deszczowe nawałnice i trzeba było szybko wykorzystać chwilę bez opadów. Do domu dotarłem około 15-tej, tak jak słusznie przewidywała to żona (chociaż z trasy dzwoniłem, że będe na pewno przed południem ;). Darek też dotarł szczęścliwie, chciaż godzinę później.

To była naprawdę wspaniała impreza i udany wyjazd. Jeśli tylko LGW będzie organizować kolejne edycje na pewno przyjadę i będę zachęcał innych. Serdeczne podziękowania dla całej ekipy LGW i wspaniałych współuczestników rajdu (m.in. dla kolegi, który w sobotę przywiózł mi z domu woreczek kulek, dla Radka oczywiście też). Dzięki Darek za towarzystwo. Pozdrawiam wszystkich niejeżdżących forumowiczów NSU-Riders (a spotkałem ich kilku na trasie rajdu), starałem się jak mogłem zdopingować Was do szybkiego wyjścia ze stanu kartonowego - mam nadzieję skutecznie.

IMG 20180701 085514Nie żałuję, że pojechałem na kołach - znowu poczułem to coś, tą wolność, ten duch przygody - tak jak czułem naście lat temu. I co najważniejsze, chyba znowu zaufałem "enesowi". W sumie dla niektórych to pewnie trywialna wyprawa i mało imponująca opowieść, ale dla mnie taka 500-kilometrowa traska na ulubionym lecz nie używanym od lat NSU to jednak powrót do źródeł, wspaniała kuracja odmładzająca, swoisty wehikuł czasu. Szkoda tylko, że nie udało mi się namówić większej ilości lokalnych "enesiarzy", którzy wciąż mają na czym, ale już nie jeżdżą (troche wstyd, że z Rzeszowa i okolic były tylko trzy motocykle, trzeba będzie nad tym popracować ...).

Zapraszam do odwiedzenia naszej galerii imprezowej, gdzie znajdziecie większą ilość zdjęć z rajdu.

Pozdrawiam i dziękuje za uwagę

Spiker

 

Wnioski: 1) do skrzynki narzędziowej dodać klucz do sprzęgła, zestaw naprawczy linek, klej do gwintów i silikon, ... no i jako "talizman" kulkę fi 6; koniecznie uzupełnić bagażnik o pompkę do kół; wozić łatki i klej oraz zestaw łyżek (ew. zamiast łatek zapasowa dętka, wtedy gdy wyjazd gdzieś dalej), no i wszystkie klucze potrzebne do odkręcenia kół; 2) da się na kołach robić trasy, ale najlepiej jak się ma zaufanych kompanów podróży (Darek mnie nie zostawił, ja nie zostawiłem jego); 3) do odważnych świat należy, ... ale lepiej sprawdzać "świeży" motocykl najpierw w najbliższej okolicy.